piątek, 27 czerwca 2014

Lawenda w roli głównej


Truskawkowe szaleństwo powoli dobiega do końca. Aż szkoda nie zamknąć tych skarbów w słoiki, tym bardziej,że właśnie w ogrodzie zakwitała lawenda i to właśnie ona stała się moim ulubionym akcentem smakowym w kuchni,
Zrobiłam truskawkowo-lawendową konfiturę. Jest pyszna i ma lekko kwiatową nutkę.

Przepisik;-)
1,5 kg truskawek
1 kg cukru
3 cytryny
1,5 łyżeczki kwiatów lawendy

Truskawki i wyciśnięty sok z cytryn gotujemy przez godzinę. Następnie dodajemy 900 g cukru i gotujemy na mocnym gazie przez ok 10- 15 minut. Truskawki muszą ładnie bulgotać.Pozostałe 100 g cukru i kwiatki lawendy ucieramy i dodajemy pod koniec gotowania. Robimy test czy nasza konfitura jest gotowa. Wiadomo- zimny talerzyk odrobina konfitury, jak stężeje i zrobi się galaretowata - konfitura jest gotowa.
Dla tych co chcą na szybko , truskawki,żelfix i lawenda. Też dobre, ale ja chciałam zrobić taką tradycyjną konfiturkę bez zbędnych dodatków.















Zrobiłam też syrop miętowo - lawendowy. Pyszny do wody mineralnej.
Mój przepis
1 kg cukru
1 litr wody
spory bukiecik mięty
mały bukiecik lawendy
sok z cytryny ew kwasek cytrynowy

Wodę gotujemy z cukrem. Jak wszystko ładnie się połączy dodajemy miętę i lawendę. Mięty można dać więcej, nasili nam smak , natomiast z lawendą trzeba uważać - tu mniej znaczy lepiej. Gotujemy 5 minut, zdejmujemy z gazu i odstawiamy na 20 minut. Syrop ma piękny zielonkawy kolor ale gdy dodamy sok z cytryny , kolor blednie niestety. Odcedzamy i wlewamy do butelek lub słoików. Dodajemy do wody mineralnej, do tego dużo lodu i plasterki cytryny lub jeszcze lepiej limonki.



Zrobiłam sporo syropu i wiecie,że prawie cały już został wypity. Ciągle dolewamy go sobie. Świetnie gasi pragnienie i rozcieńczony z wodą nie jest słodkim ulepkiem. Nawet nasz roczniak chętnie go pije.







 Oczywiście fotek też musi być sporo.


















A tu mała zapowiedź tego co będzie. Ale wszystko w swoim czasie,
Życzę Wam miłego dnia. Buziaki 






środa, 18 czerwca 2014

Beza pavlova, letnie serniczki i oliwy smakowe.


Wczoraj upiekłam dwa bezowe spody, a dziś tylko dołożyłam bitą śmietanę i letnie owoce. Deser szybki, efektowny i smaczny. Polecam wszystkim łasuchom.


Beza Pavlova
 Beza:
8 białek
szczypta soli
łyżeczka soku z cytryny
250 g cukru pudru
100 g cukru kryształu

Białka ubijamy, dodajemy sól, sok z cytryny oraz porcjami cukier puder i kryształ. Na blaszce formujemy dwa okręgi. Możemy zrobić to szprycą, ale zwykła łyżka sprawdza się idealnie.
Wkładamy do rozgrzanego do 140 stopni C piekarnika ( termoobieg) i suszymy godzinę. Pod koniec suszenia możemy lekko otworzyć piekarnik.

Gotowy spód bezowy smarujemy ubitą śmietanką 30 % i posypujemy owocami. Następnie przykrywamy drugim spodem , obkładamy owocami i posypujemy cukrem pudrem.
Pycha na letnie , słodkie zachcianki.




Dodatkowo zrobiłam mini serniczki na zimno. Przepis każdy ma swój , więc nie podaję.



Trochę się rozpędziłam kulinarnie i zrobiłam jeszcze smakowe oliwy. Jemy bardzo dużo sałat , więc oliwy pochłaniamy spore ilości. Sosy sałatkowe robię sama, więc smakowa oliwa dodaje im cudownego aromatu.


Oliwę wlałam do przeźroczystych słoików , ale będę trzymała je w ciemnej szafce, więc nie stracą cennych właściwości.








Zrobiła oliwę z rozmarynem i czosnkiem - jest idealna do pieczonych ziemniaków.
Oliwa z chili - pyszna do pizzy i włoskich dań. 
Oliwa ziołowa z oregano , czosnkiem. bazylią , rozmarynem i czerwonym pieprzem - najlepsza do sałatek










A żeby sos sałatkowy miał to coś to potrzeba jeszcze octu winnego. Mój kupny ocet dostał kilka gałązek tymianku. Za jakieś trzy tygodnie nabierze wspaniałego aromatu.




Uciekam bo maluch się obudził. To był taki szyki post. 
Miłego popołudnia.
Kaśka

niedziela, 15 czerwca 2014

Syrop z kwiatów czarnego bzu i ogrody Kapias.


Długoooo mnie nie było, ale jestem znów w blogowym świecie. Pełna energii i nowych pomysłów.
Czas w Polsce minął bardzo szybko, choć było to ponad trzy tygodnie.
Zmieniło się bardzo wiele, ale o tym wszystkim dowiecie się w odpowiednim czasie.
Nasza ogrodowa altanka już skończona na tip top. Zobaczycie ją już wkrótce. 
Ale wracam do codzienności i właśnie dwa dni temu ze spaceru przyniosłam cały kosz kwiatów czarnego bzu.
Natychmiast zrobiłam kilka fotek , a następnie przygotowałam pyszny syrop.


Przepis na syrop z kwiatów czarnego bzu
ok 40 kwiatostanów czarnego bzu
4 cytryny
3l wody
3 kg cukru
80g kwasku cytrynowego

Kwiatki odcinamy od grubych łodyżek, cytryny kroimy w plastry.
Wodę, cukier i kwasek podgrzewamy do czasu gdy wszystko się rozpuści.
Następnie odstawiamy do przestudzenia. 
Kwiaty i pokrojoną w plasterki cytrynę zalewamy syropem i odstawiamy w chłodne miejsce na trzy dni. Szklane słoje są moim zdaniem najlepsze, bo są szczelne i ładnie wyglądają.
Po trzech dniach wszystko odcedzamy przez sito , a następnie przez lnianą ściereczkę. 
Syrop jest już gotowy , ale ja gotuję go jeszcze trochę i redukuję ilość płynu by był gęsty. Gorący wlewam w małe słoiki i po zakręceniu odwracam do góry dnem. Wtedy mam pewność ,że syrop długo zachowa świeżość.
Trochę syropu trafia do ładnych butelek i ten przeznaczam na bieżące zużycie.
Kiedyś robiłam syrop trochę inaczej, bo kwiaty na oko zalewałam wodą i odstawiałam na dzień w słoneczne miejsce. Ktoś kiedyś powiedział,że wtedy kwiaty rozkwitają i syrop ma więcej aromatu. Jedyna różnica to taki syrop jest ciemniejszy od poprzedniego. Ale to już kwestia gustu.
Syrop pijemy z zimną wodą, plasterkiem cytryny listkiem mięty i dużą ilością lodu. Pyszny na upalne dni.











Do czarnego bzu jeszcze wrócę, ale teraz zapraszam na relację zdjęciową z ogrodów Kapias. 
Przyjechałam tam bo jechałam do rodziny , a do ogrodów musieliśmy zboczyć ok 50 km. Radocha, piękna pogoda, aparat naładowany. Podjeżdżamy i idziemy na obiadek do restauracji w ogrodzie. Bartek pożera zupę z marchewki i pomarańczy, Arek tradycyjnego schabowego , a ja z radości nie mogę jeść , piję tylko kawę. I nagle katastrofa - pada deszcz. Normalnie ciemne niebo i szansy na polepszenie nie widać. 
Arek mnie pociesza,że przejdzie. Czekamy. I co nic dalej pada. Krótka decyzja do auta po parasol. Parasol w domu. Bryyy . Pech. Stoimy w altance przy stawie i podziwiamy krople deszczu wpadające do wody.
Ja mam minę jak smutny spaniel. Gdyby nie aparat to bym biegała w deszczu po ogrodzie. Co za pech. Mówię do Arka,że pójdę na kolanach do kościoła by tylko przestało padać. On się śmieje.
Wracamy do centrum ogrodniczego. Kupujemy piękną różę dla cioci i dwie trawy Miskanty olbrzymie , które pani Kasia poleca i gwarantuje,że pięknie wyrosną, nie jak te, co kiedyś kupiłam na allegro.
I nagle widzę w rogu kosz i parasole do wypożyczenia. Huraaaaa Mamy parasole, Bartek siedzi grzecznie pod folią. Idziemy zwiedzać. Ja mam uśmiech od ucha do ucha. Aparat w gotowości, Arek pcha wózek:-)))


Piękne te krople deszczu na stawie. Piękne też lilie wodne.



I jest cel mojej wyprawy. Ogród wiejski. Piękne wiejskie róże przewieszone przez stary płot ze sztachet. I jest piwniczka. Ojej ale cudna.

 I mała kapliczka , a nawet stary ul.



I ten stary domek. Cudnie. Odwracam się jeszcze i pstrykam kilka fotek piwniczce. Bardzo podobają mi się te różne naczynia obok.



Na domku wiszą kosze i różne inne stare dodatki. Piękne kwiaty. Wszystko podziwiam z biciem serca.









Stare naczynia i drewniane gonty- moje klimaty. 






Nawet pranie się suszy i garnki wiszą na płocie. Ale fajnie.






Gonty mnie zachwycają, Są piękne. Nasze na altance są inne , ale też świetnie wyglądają.




Idziemy dalej. 


Piękne żywopłoty, stare cegły i żurawki. 



Perfekcyjny ogród, angielskie klimaty, bukszpanowe żywopłoty.


Zdjęcia robię z jednej ręki bo w drugiej mam parasol, a deszcz ciągle pada. Jedyny plus,że nikogo nie ma w ogrodzie i jest cały tylko dla nas, 








Podziwiam wszystko, zadbane rabaty, zdrowe róże , piękne byliny.






Śliczna rabata z funkiami ( hostami).


Wchodzimy do włoskiego ogrodu. Tam na ceglastej ścianie widzimy w miejscach okien piękne malunki. Arek mówi ,że mamy jeszcze stare cegły i może taką ściankę wybudować , a nawet pokazuje,że namaluje podobny obrazek. Trzymam go za słowo i pokazuję na dowód zdjęcie poniżej.





I tu niespodzianka, mają też podkłady kolejowe. I to jak pięknie zrobili z nich schody. Szkoda,że mój ogród jest już zagospodarowany, ale może z przodu...., może kiedyś...



A ten fajny domek, trochę jak z bajki.
Ale zielony dach mnie najbardziej interesuje. Kiedyś na naszym domku na drewno kominkowe zrobimy podobny. Ale to kiedyś , bo teraz odpoczywamy po pracach altankowych.




Bartek zachwycił się fontanną. 



Ja wracam jeszcze na chwilkę do wiejskiego ogrodu. Ten jest najbliższy mojemu sercu.
















Gniazdo dla bociana, też chcę takie.
Arek puka w gonty. Bardzo mu się podobają.



To była bardzo miła wycieczka. Do domu wróciłam z głową pełną nowych pomysłów.


Życzę Wam miłej i słonecznej niedzieli. 
K